Nomad miejski

Lipiec26

Było… mruczę sobie pod nosem. I żeby to raz. Dziesiątki razy chciałoby się rzec, chociaż nie znajduję w folderach ze zdjęciami i w postach aż tylu przykładów i potwierdzeń. Ale… wierzcie lub nie (a nie co dzień fotografuję siebie, więc nie pokażę) zazwyczaj to moja szaro-leżowo-lniana rzeczywistość. Albo jedwabna, jak i czasem bywa. Nie będę się usprawiedliwiać, bo nie o to chodzi. Nie mam nawet z czego. Zastanawiam się gdzie czasem gubię intensywne kolory i niemal wszędzie nadrukowane wyraziste wzory. Może trochę ucichłam. Nie, to złe słowo. Bardziej podoba mi się wyciszenie. Spokój, jedność i harmonia z naturą, z betonową pustynią. Proste lniane kroje, zachowane w brązach już wcześniej się pojawiały. Szerokie lejące się haremki również. Bardzo luźne rzeczy w towarzystwie dredów, prostota, naturalność – wszystko było. I ciągle gdzieś to tego wracam, traktuję to jak stałą. Wyciszam czasem ten kolorowy zamęt i chaos wokół mnie i w mojej głowie.
Nomad miejski 01

Nomad miejski 03

Nomad miejski 04

Nomad miejski 05

Nomad miejski 06

Nomad miejski 07

Pierwszy tysiąc

Lipiec17

Mówią że pierwszy trzeba ukraść… A nie… to o melonach było.
Trudno kraść i oszukiwać na kilometrach, chociaż nie powiem że się nie da. Tylko po co? Komu coś miało by to udowodnić.
W połowie lipca, gdzieś po mniej więcej dwóch miesiącach jeżdżenia codziennie do pracy (i nie tylko) na rowerze mogę już cokolwiek powiedzieć. Wcześniej, były by to zapewne urban legends i jakieś domysły. Kiedy w tym roku zaczynałam jeździć nie myślałam o tym w jakim kierunku to pójdzie. Może nawet gdzieś tam nawet szacowałam ilość przejechanych kilometrów i odległości do pracy. Dyszka. Dokładnie tyle w jedną stronę. I wcale mnie to nie przerażało. Powtarzałam sobie w duchu: „no przecież jeżdziłam czasem do poprzedniej pracy już wcześniej. Dam radę”. Stopowały mnie pół-wymówki. Że nie mam czym roweru przypiąć. Nigdy wcześniej nie miałam. W jednej z poprzednich prac trzymałam rower w garażu obok firmowych samochodów, potem w biurze obok swojego biurka. Teraz robię podobnie, przyznam, jak nikt nie widzi. Parkuję między moim komputerem a skanero-drukarko-faksem z funkcją wysyłania maili. Ale to tylko weekendowo. W tygodniu mam do dyspozycji zamknięty, strzeżony parking, gdzie grupka ludzi z pracy też zostawia swoje rowery. No i w końcu zakupione zapięcie.
Czytałam wcześniej opinie, cuda-wianki o agresji nakręcane komentarzami na lokalnym portaliku. Wpisy o wiecznych antagonizmach rowerzystów i kierowców. Po tysiącu kilometrów przejechanych w tym sezonie mogę coś o tym powiedzieć. Bzdury i generalizowanie.
Tak samo jak opinie w tym i moje wcześniejsze na temat odzieży rowerowej.
Do tej pory broniłam się jak mogłam przed jeżdzeniem w gaciach z pieluchą. Takie niepotrzebne mi się to wydawało. Bo po co? Przecież w zwykłych spodniach też da radę. Poza tym obciślaki wydawały mi się takie mało atrakcyjne, jak leginsy które dziewczyny noszą miast spodni. Moje spodenki były jakby w gratisie, bo nie opłacało się kupić inaczej. Przeglądając tak sobie aukcje na allegro trafiłam na komplet odzieży „logowany” przez Vanderkitten. Sama koszulka kosztowała niemal tyle samo co komplet więc głupio by było nie spróbować. Ciuszki jak się później okazało trafiły do mnie przesyłką z Chin. Ok, niech będzie. I nagle przestał mnie boleć tyłek od siedzenia na rowerze, przestałam się topić we własnym pocie. Na komfort mojej dupy wpłynęła także późniejsza zmiana siodełka.
Przygotowana na niespodzianki, z wyznaczoną trasą z domu do pracy zaczęłam jeździć po mieście. Po pierwszym tygodniu do telefonu dodałam apkę Endomondo żeby dokładniej monitorować swoje wyniki. Działa całkiem ok. Liczy mi ilość kilometrów, kalorii i rozwijane prędkości. Nie ma to jak jadąc środkiem Solnej rozwinąć się do czterdziestu km/h. Piękne uczucie. I co z tego że między samochodami, zwłaszcza stając potem na światłach na krzyżówce Małych Garbar. Paradoksalnie na jezdni czuję się bezpieczniej. Dużo mniej zagrożona niż na chodniku. W świetle przepisów po chodnikach jeździć w zasadzie nie wolno. To jest miejsce tylko dla pieszych. Śmieszki rowerowe w mieście praktycznie nie istnieją na przemierzanych przeze mnie odcinkach. Albo są niebezpieczne. Tak tak. Pocinam więc skrajną prawą na jezdni – chociaż zdarza się i inaczej – obok samochodów. I szczerze jakoś nie widzę tej agresji kierowców i zamachów na rowerzystów. Może nie po tej części miasta jeżdzę. A może wychodzę z założenia o wzajemnym szacunku do innych. Zdarza się incydentalnie że ktoś zajeżdża drogę, podbija specjalnie do krawężnika tylko po to żeby rowerzysta nie mógł przejechać obok i pierwszy stanąć przed czerwonym światłem. Ale zdarza się też że kierowca skręca ku osi jezdni żeby mnie właśnie bokiem przepuścić. Czasem zdarzy się że ktoś trąbi na ulicy – to jeszcze bardziej incydentalnie. Naprawdę legendarnych ataków na rowerzystów nie widzę.
Mijam czasem – a potem oni mijają mnie – „rowerzystów-cwaniaków” którzy znieść nie mogą że baba z dredami na rowerze jedzie szybciej. Na czerwonym świetle ładują się na przejście dla pieszych ignorują zupełnie sygnalizację, byle by tylko pokazać że oni będą szybciej, kiedy ja stoję obok samochodów na czerwonym świetle. W końcu po mieście poruszam się na tych samych przepisach, tak samo obowiązują mnie znaki podporządkowanej, znaki poziome i światła. I to tacy ludzie budzą moje zażenowanie. Nie kierowcy samochodów. Figuranci którzy odstawiają na ulicy jakieś dziwne manewry nie sygnalizując tego co robią. No i ci „starsi-najmądrzejsi” ale to inna kategoria.
Mam w tym sezonie za sobą tysiąc kilometrów i jeden wypadek – potrącenie na ścieżce rowerowej przez samochód. Trochę zdobytych doświadczeń, które zmieniły moje podejście do niektórych rzeczy, trochę takich które utwierdziły mnie w dotychczasowych przekonaniach.
pierwszy tysiąc

Oh leopard! Pin me up!

Lipiec10

Jeśli miałabym określić co tak naprawdę kręci mnie w modzie… moda to niestety zbyt duże słowo, szafiarstwo trochę nieadekwatne… ale, ok. W poszukiwaniach własnego stylu i w moich preferencjach ubraniowych zawsze przeważał kolor zielony. Pomijając oczywiście okres mroku i death metalu, ale wówczas też zieleń się gdzieś tam w militarnych akcentach pojawiała. Jakoś tak. Wcześniej nie zastanawiałam się zbytnio nad przyczyną. Kierowałam się wrażeniem tego w czym wyglądam ok. I tak chyba do momentu kiedy poznałam R. R jest rudy. To znaczy już nie, teraz jest kasztanowy, włosy z czasem mu przyciemniały. Niemniej patrząc na niego od razu wiadomo. Powiedział mi kiedyś że rudzi ludzie to nie tylko kolor włosów. Jasna mleczna cera, piegi, najczęściej zielone lub piwne oczy. I właśnie te oczy z poblaskiem zielonego bursztynu. Tak uderzyło mnie to wtedy, takie naturalne połączenie. Gdzieś wbiłam sobie do głowy i uświadomiłam że do jasnej cery i bycia rudym (i już nie ważne czy naprawdę czy tylko za sprawą farby z drogerii) najlepszą opcją jest zieleń. Zieleń, brązy, pomarańcze.
Oh leopard! 01

Połączenie zupełnie zdaje się naturalne. Pnie drzew z zielenią liści i przebijającym światłem, wiewiórki goniące się w koronach sosen, igliwie zmieszane z piaskiem. Zieleń, brąz, złoto.
Oh leopard! 02

Można by powiedzieć że bardzo naturalne zestawienie. Harmonijne. Dążę do tego, z małymi czasem dygresjami w innym kierunku. Gdzieś tam w głowie mam obraz siebie, tego jak chciałabym zawsze wyglądać. I jest to jeden z ulubionych zestawów, jedna z najfajniejszych dla mnie sukienek. Nie dość że zielona, nie dość, że z elementami pomarańczu, to jeszcze w zwierzęcy print. A ja takie dzikie, zwierzęce motywy lubię. To też takie odniesienie do natury.
Oh leopard! 03

Widząc siebie oczami wyobraźni myślę o parującej, wilgotnej indyjskiej dżungli, o kolorowych ptakach ukrytych gdzieś w gęstwinie. Oglądam różne obrazki ze zwierzętami, zdjęcia w internecie z różnych stron świata. Działa na wyobraźnię. Jak cholera.
Oh leopard! 04

Oh leopard! 05

Oh leopard! 06

Miechy trzy

Lipiec7

Czerwiec zakończył się szybko. Powiedziałabym nawet że na szczęście i że pretenduje do tytułu miesiąca rozczarowań. Ethnoport dawno już za nami. Cztery dni przeleciały przez palce jak z bicza strzelił. Przed katastrofą ratuje go zakończenie miesiąca z czterystoma przejechanymi kilometrami na „liczniku”. No i udało mi się ruszyć R. Teraz tak samo przemieszcza się do pracy na rowerze. Koniec miesiąca to w zasadzie odliczanie. Do przyszłych wydarzeń. Niespodziewanie udało nam się trafić względnie blisko koncert Motion Trio. Nie było nawet dyskusji, zastanawiania się, jakichkolwiek wątpliwości. To jeden z zespołów który trzeba ponownie zobaczyć. Tym razem akurat nie w Poznaniu tylko na wyjeździe, jak w przypadku wyprawy na koncert Kimmo i KTU, ale co tam, warto ruszyć się czasem kawałek z domu. Enjoy!
Miechy trzy 01

Miechy trzy 02

Miechy trzy03

Miechy trzy 04

Miechy trzy 05

Miechy trzy 06

Miechy trzy 07

Miechy trzy 08

Miechy trzy 09

Miechy trzy 10

Miechy trzy 11

Miechy trzy 12

Miechy trzy 13

Miechy trzy 14

Miechy trzy 15

Miechy trzy 16

Miechy trzy 17

Dziki zwierz

Czerwiec29

Budzi się we mnie taka dzikość i agresja – im bardziej jeżdżę na rowerze. Taki dziki miejski zwierz. Próbuję maksymalnie podkręcić obroty, skrócić czas, wycisnąć z siebie jeszcze więcej. I trochę mi tęskno, przyznam szczerze za przebierankami. Zastanawiam się jak szybko oderwałam się od jeszcze niedawnych nawyków. Prawie że godzinna podróż do pracy trzęsącym na każdym zakręcie tramwajem przez całe miasto, obowiązkowo książka na drogę, długie zwiewne sukienki albo szarawary – miało klimat. Może trochę gdzieś mi tego brak.
Dziki zwierz 01

Nic to. Pocieszam się niezależnością od kapryśnych rozkładów jazdy i paradoksalnie też od pogody. Każdą chwilę „po cywilnemu” staram się wykorzystywać na noszenie się w mojej wcześniejszej stylówce. Stroję się jak na niedzielę, nawet mogę rzec.
Dziki zwierz 02

I mimo że na rowerze czuję się stuprocentowo jak kobieta. Nawet jeżdżąc w szerokich szortach do kolan, nawet próbując wycisnąć najszybszą możliwą dla mnie prędkość.
Dziki zwierz 03

W długich zwiewnych sukienkach byłoby nieporównywalnie łatwiej. Wiem to doskonale i czasem trochę tego mi szkoda.
Dziki zwierz 04

« Older Entries










Akcja: Nie kradnij zdjęć!


adopt your own virtual pet!